Czwartek, 19 września 2019

imieniny: Januarego, Konstancji, Teodora

RSS

Wywiad z Kazimierzem Mikołajcem, trenerem rybnickich koszykarek

12.05.2012 09:23 | 7 komentarzy | pm

OPRÓCZ PIENIĘDZY LICZY SIĘ POMYSŁ

Wywiad z Kazimierzem Mikołajcem, trenerem rybnickich koszykarek
Wiesz coś więcej na ten temat? Napisz do nas

Marek Pietras: - Przyjmijmy, że jest wiosna 2011 roku. Otrzymuje pan propozycję objęcia drużyny KK ROW. Przyjmuje ją pan?

Kazimierz Mikołajec: - Oczywiście.

- Czyli przygodę z rybnicką koszykówka odbiera pan pozytywnie?

- Trudno mówić tutaj o przygodzie. Bardziej traktuję to jako swoją profesję, pracę. To może gdzieś tam ociera się o przygodę, ponieważ sport to rywalizacja, emocje. Natomiast ważniejsze jest stawianie sobie celów i ich realizacja. Naszym zadaniem, oprócz wyniku sportowego, było również doprowadzenie do zmiany wizerunku klubu. Po nieudanym poprzednim sezonie, po negatywnej ocenie całego projektu pt. rybnicka żeńska koszykówka musieliśmy zadbać o to, żeby znowu o KK ROW mówiło się dobrze, aby klub był kojarzony z sukcesem, czymś pozytywnym.

- Udało się?

- Tak myślę. Oczywiście jestem osobą, którą można posądzić o subiektywizm, natomiast nakładając na wszystko filtr obiektywizmu uważam, że w wielu aspektach wykonaliśmy krok na przód. Celem sportowym była ósemka, skończyło się na wywalczeniu szóstej pozycji, która w moim odczuciu i tak nie oddaje tego co się działo przez cały sezon.

- Było lepiej?

- Tak. Szóste miejsce w lidze to tylko statystyczny wynik. Cały sezon przebiegał jakby w trzech etapach. Pierwsze 14 meczów i 11 zwycięstw było czymś niesamowitym. Druga runda była już nieco słabsza, ale wpłynęło na to kilka obiektywnym przyczyn. Zanotowaliśmy wówczas dwie wpadki, myślę tutaj o porażkach w Brzegu i Poznaniu. Dwutygodniowa przerwa świąteczna wybiła nas z rytmu. Jednak konsekwentna, regularna praca sprawiła, że w play off ponownie było już dobrze. Minimalnie przegraliśmy walkę o czwórkę z Toruniem, który wywalczył ostatecznie brązowy medal. Niewiele zabrakło, abyśmy to my byli na ich miejscu. Duży wpływ na to, że tak się nie stało miała kontuzja Rachele Fitz, która bardzo pokrzyżowała nam plany. Kolejną ważną rzeczą są kibice. Na początku sezonu były problemy z zakupem biletów na nasze mecze. To pokazuje, że w Rybniku jest duże zapotrzebowanie na sukces sportowy. Kolejna sprawa to wprowadzenie do ekstraklasowego zespołu Aldony Morawiec, wychowanki klubu. Cieszy, że właśnie otrzymała powołanie do kadry Polski U-20, która wystąpi w mistrzostwach Europy. Jest więc kilka powodów, aby patrzeć optymistycznie w przyszłość.

- Co jest dla pana wartością dodaną tego sezonu? Wynik, kibice, poprawa wizerunku klubu?

- Wszystko po trochu. Staram się patrzeć na całą sprawę szeroko. Wartością jest to, że przez cały ten sezon pozytywów było więcej niż negatywów. Bo to nie jest tak, że były tylko chwile przyjemne. Jednak fakt, że na mecz do Gorzowa, który był transmitowany w telewizji pojechała za nami bardzo liczna grupa kibiców pokazuje, że warto w Rybniku pracować. Tego nie da się kupić, załatwić. Na takie traktowanie trzeba sobie zasłużyć.

- Na jednej z pierwszych odpraw dla zawodniczek, na której miałem przyjemność być, tłumaczył pan, że żeby odnieść sukces muszą stanowić zespół. Że rywal może złamać każdą pojedynczą zawodniczkę, natomiast będzie miał problem złamać całą drużynę. Czy sukces, jakim jest szóste miejsce w Polsce, jest pokłosiem tego, że koszykarki KK ROW uwierzyły w pana słowa i stworzyły zespół?

- Po części na pewno tak. Trzeba też pamiętać o tym, że byliśmy bardzo dobrze przygotowani do sezonu. Mieliśmy obozy przygotowawcze, graliśmy sparingi. Dla rywali byliśmy dużą zagadką. Wielu uważało, że po tym jak spadliśmy z ligi, po wykupieniu dzikiej karty, będziemy outsiderem PLKK. Stało się inaczej. Oczywiście w dużej mierze zadecydował o tym kolektyw. Cały czas starałem się, aby w drużynie nie było podziałów. Trzeba pamiętać, że dobra atmosfera nie jest dana raz na zawsze. Ewoluuje. Im dalej w sezon, tym jest trudniej. Wynik sportowy jest wynikiem pracy całej drużyny, ale są oczywiście liderzy, którzy decydują bardzo często o tym, czy drużyny wygrywa czy nie. U nas były to zawodniczki zagraniczne. Uważam jednak, że bez Polek nie udało by się zajść tak daleko. Każdy w zespole ma do spełnienia swoją rolę. Ważne żeby ją zaakceptował i był jej świadomy.

- Wrócił pan do ligi po wielu latach przerwy. Uważa pan, że PLKK jest profesjonalnym przedsięwzięciem?

- Każda liga ma swoje problemy. My nie jesteśmy jakimś wyjątkiem. Są zespoły z wysokimi budżetami, są i takie, które starają się po prostu przetrwać. Jeżeli chodzi o profesjonalizm ligi, to bardzo ważną rolę ma tu organizator rozgrywek. Liga to jest pewien produkt i trzeba mieć pomysł jak go sprzedawać. To ma wpływ, może nie decydujący ale jednak, na kondycję poszczególnych klubów. U nas jest np. tak, że od sponsora tytularnego dostajemy samochód, którego równowartość wpłacamy do ligi w ramach różnych opłat, licencji. Można zastanawiać się czy tak to powinno być. Mam nadzieję, że dojdzie do spotkania ludzi zainteresowanych dobrem tej ligi, aby przedyskutować pewne sprawy. Tak jak to jest w każdej szanującej się firmie. Należy zrobić bilans, ocenić co było dobre, co złe, co można poprawić. Tylko tak można się rozwijać. Nasza postawa w tym sezonie jest dowodem na to, że finanse są ważne, ale istotny jest również pomysł na całe przedsięwzięcie. Że sukces gwarantują pieniądze ale połączone z pewną wizją.

- W każdej drużynie europejskiej wiodącą role odgrywaj zawodniczki z USA. Na czym polega ten fenomen?

- To jest sprawa systemu. W Stanach Zjednoczonych nie ma klubów. Tam drużynę koszykówki ma każda szkoła średnia. Każda uczelnia wyższa również. Jest to szalenie rozbudowane. Mówimy tutaj o setkach drużyny, tysiącach zawodniczek, które po zakończeniu nauki muszą znaleźć sobie klub. Do WNBA trafiają tylko najlepsze. Reszta szuka pracy na całym świecie. A są tam zawodniczki o bardzo wysokich umiejętnościach.

- A nie jest to tak, że w USA sport jest sposobem na życie, a w Europie już nie bardzo? Bo wiąże się to z dużymi wyrzeczeniami, zbyt dużymi dla Europejczyka?

- Postawienie na sport jest sprawą wyboru. Są przykłady polskich koszykarzy, którzy mają oferty z dobrych, amerykańskich uniwersytetów. Którzy mogą zrobić karierę ponieważ postawili na sport. Oczywiście, żeby dokonać takiego wyboru trzeba mieć ogromną wewnętrzna motywację i wiarę w swój talent. Jeżeli tego nie ma, pozostaje sport jako rekreacja.

- Z kadry KK ROW ktoś pana zaskoczył na plus, ktoś na minus?

- Prawda jest taka, że wielu zawodniczek nie znaliśmy. Uważam jednak, że transfery jakich dokonaliśmy możemy uznać za udane. Jedynym rozczarowaniem była Laima Rickeviciute, której w pewnym momencie sama postanowiła rozwiązać kontrakt. Amerykanki wniosły do naszej gry bardzo dużo. Miały swoje ograniczenia, nie były może koszykarkami z najwyższej półki ale generalnie nie możemy być zawiedzeni ich występami. Valentine zrobiła u nas bardzo duży progres i w meczach play off była już ważnym ogniwem naszej ekipy. Co do Rack, to jestem rozczarowany jej występami w drugiej części sezonu. Jej styl gry zmienił się bardzo i nie był tożsamy z moimi oczekiwaniami. Nie udało się tego zmienić mimo wielu rozmów. Jeżeli chodzi o Fitz, to szkoda że kontuzja wyeliminowała ją z ważnych meczów w końcówce. Bardzo pozytywną postacią była Harris. Jest słabym obrońcą, ale za to takim pozytywnym charakterem, koszykarką bardzo ofensywną. Co do Dosty – bardzo nam pomagała, miała pozytywny sezon ale jej zachowanie w końcówce było kompletnie nieadekwatne do sytuacji w klubie. Nie potrafię tego zaakceptować, powiedziałem jej to w cztery oczy. Myśleliśmy nawet o tym, aby zaproponować jej kolejny sezon w naszym klubie ale w tej chwili temat przestał być aktualny. Jestem za to bardzo zadowolony z tego co do zespołu wnosiły Polki. Uważam, że grały na miarę swoich możliwości i mają duży wkład w końcowy wynik zespołu.

- Jakie warunki muszą być spełnione, żeby klub walczył o tytuł mistrza Polski?

- Głownie chodzi o zabezpieczenie finansowe. To jest takie zamknięte koło. O laury mogą się bić drużyny, które mają zawodników i trenerów o wysokich umiejętnościach, a takich gwarantują tylko kontrakty na odpowiednim poziomie.

- Co dalej? Pracujecie już nad składem na kolejny sezon?

- Miniony rok pokazał, że relatywnie nie potrzeba wcale wiele, aby walczyć z tymi najlepszymi. Ja mam nadzieję, że uda nam się zbudować budżet gwarantujący wyższe cele niż te, które mieliśmy w tym zakończonym sezonie. Już na drugi dzień po ostatnim meczu zaczęliśmy pracę nad składem i koncepcją drużyny na przyszłe rozgrywki. To teraz decydują się najważniejsze sprawy, nie w lipcu nie w sierpniu a właśnie teraz. Kiedy wszystko zostanie dograne, będzie czas na urlop i odpoczynek. Będę również pracował indywidualnie z Aldoną Morawiec aż do czasu pierwszego obozu reprezentacji przed mistrzostwami Europu dwudziestolatek.

- Na dziś: zostaje pan na kolejny sezon?

- Nie podjąłem jeszcze decyzji. Ale chcę zostać. Uważam, że żeńska koszykówka może być wizytówką Rybnika, tak jak siatkarze są wizytówką Jastrzębia. Utożsamiam się z tym projektem. Jestem rybniczaninem, tu mieszkam, dobrze się tu czuję. Chcę pracować na rzecz rybnickiej koszykówki. Relatywnie nasza dyscyplina nie jest bardzo droga. Uważam, że moglibyśmy grać w europejskich pucharach i promować nasze miasto. Wierzę, że jest to realne.

- Tylko trzeba więcej sponsorów.

- Ja nie lubię słowa sponsor. My musimy przyciągnąć do klubu ludzi, którzy będą chcieli się zaangażować w projekt „Rybnicka żeńska koszykówka”, będą się z nim utożsamiać. Tak jak powiedziałem wcześniej, niewiele trzeba żeby nasza dyscyplina była wizytówką miasta. Dobra gra w zakończonym sezonie zmieniła nastawienie wielu ludzi. M.in. władz miasta. Prezydent Fudali był na wielu naszych meczach, wspiera nas finansowo co jest niezwykle istotne i za co jesteśmy bardzo wdzięczni. Mam nadzieję, że dołączą do nas kolejni, lokalni biznesmeni, którzy z czasem uznają, że są częścią całego projektu, że ta drużyna, klub są nasze. Takie nastawienie może skutkować tym, że zbudujemy pewną strukturę, która zapewni nam brakujące środki do walki o najwyższe laury.